Oczekiwanie, jest jednym z tych momentów w życiu, które budzą we mnie brutalnie skrajne emocje. Z jednej strony je uwielbiam i tu z moich osobistych sondaży wynika, że powodów do pochwał tego stanu jest znacznie więcej niż do nienawiści, z drugiej zaś doprowadza mnie do szaleństwa swym okrucieństwem w czystej postaci i niedostępnością upragnionego. Nic jednak tak bardzo nie pozwala docenić nawet tych najdrobniejszych elementów istnienia jak zwyczajny, najprostrzy i banalny BRAK, który w teorii składa się z czterech liter, zaś w praktyce może przyjmować najróżniejsze formy o znacznie większym rozmiarze niż tylko statystyczna rozpiętość centymetra lub dwóch. Źródeł wyżej wspomnianego niedoboru jak widać może być wiele, ale w kwestii smakowej w konkursie na "kulinarną pustkę w mym sercu", przez większość roku wygrywają bezapelacyjnie knedle. I dlatego też o nich, bo wreszcie się doczekałam i nigdy jak dziś mi nie smakowały.
Szczęśliwa i nadal żyjąca majówkowym wyjazdem do Krakowa uświadomiłam sobie, że są takie piosenki w moim życiu, które kojarzą mi się z konkretnymi podróżami. Nie tylko tymi w głąb nieznanego lądu, ale także z tymi związanymi z wycieczkami po meandrach mojej duszy. W przypadku Chłopców te dwa rodzaje wypraw nałożyły się na siebie i może też dlatego są oni dla mnie tak ważni.
Może te cudnej urody słone paluchy to nie jest danie obiadowe, ale przedstawienie wam ich akurat dzisiaj traktuje jak swego rodzaju protest. Bacznie obserwując świat,
a dokładnie naszą polską krainę mlekiem i miodem płynącą, zauważyłam dziwną tendencje żywieniową. Ostatnimi czasy raz po raz dochodzą mnie słuchy o niezdrowej żywności, która bezapelacyjnie pojawia się w naszych sklepach, z tym muszę się zgodzić i unikam jej jak ognia. Ale w wojnie z chemią, jak w każdej walce pojawia się paranoja i tu zaczyna się dla mnie niekończąca się litania pełna absurdów a mianowicie laktoza,gluten, kawa ,kakao i tak można by było wymieniać bez końca. Kontrą dla " szkodników" okazują się produkty, które mają pewną ściśle określoną charakterystykę, muszą mieć nie znaną najlepiej orientalną nazwę, być wegańskie i pochodzić z hiper ultra ekologicznego sklepu. Jak dla mnie
w tym przypadku logika poszła w las, a kiedyś spotykała się
żurkiem, kaszą ze skwarkami i maślanką i wszyscy byli szczęśliwsi, albo i nie bo takiej pewności nie mamy,ale jedno jest pewne byli zdrowsi.
Pizza jest jednym z tych dań na których myśl na mojej twarzy pojawia się szczery uśmiech i nie dlatego tylko, że ma boski smak i łechta w przecudowny sposób moje kubki smakowe, ale również dlatego, że kojarzy mi z najwspanialszym sylwestrem w moim życiu. Były to jeszcze te niezapomniane i błogie czasy liceum, kiedy to poziom moich zdolności kulinarnych nazwałam bym zerowym, jednak ta świadomość nie zniechęciła mnie do eksperymentowania. Uprzednio konsumując serię napojów wyskokowych, postanowiłam przejść do działania. Na początku szło mi całkiem dobrze, ale po wylaniu na podłogę całego sosu, zapchaniu ubikacji i spaleniu do granic możliwości głównego rarytasu wieczoru doszłam do głębokich refleksji. Zrozumiałam, że gotowanie w tak błogim stanie i stworzenie w nim jeszcze do tego czegoś zjadliwego nie ma racji bytu, przynajmniej w moim przypadku.
Nie wiem jak u was, ale u mnie zawsze po okresie zimowym z owłosieniem na mojej czaszce dzieje się coś dziwnego. Jedyne co mogło by to choć odrobinę zobrazować to porównanie do przetłuszczającej się i zmierzwionej do granic możliwości szczeciny, jak widać obraz jest dość abstrakcyjny. Chcąc moim włosom przywrócić upragniony stan pierwotny, szukałam dniami i nocami bez chwili wytchnienia tej idealnej mikstury, dzięki której ożyły by moje małe cebulki. I jest, jakiś czas temu nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, kiedy odnalazłam skrzętnie skrywaną recepturę na idealną maseczkę do włosów, miód, jajko, olej i świat stał się piękniejszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





CZEŚĆ.
TU ALA.